“Dieta 50 na 50. Odchudzaj się co drugi dzień” Krista Varady, Bill Gottlieb :: recenzja

Autor : | 0 Komentarzy | On : Wrzesień 13, 2014 | Kategoria : Dieta i zdrowe żywienie

"Dieta 50 na 50. Odchudzaj się co drugi dzień" Krista Varady, Bill Gottlieb

Dieta 50na50_front_RGB_72dpiZ góry przepraszam za wzmożoną ironię w tym poście, nie wiem, czy będą się przed nią potrafiła uchronić.

Założenie diety 50/50 jest wydawać by się mogło banalnie proste: co drugi dzień jadaj 500 kcal (to tzw. dzień diety), w pozostałe dni hulaj dusza piekła nie ma, czyli tzw. dzień ucztowania. Jak zapewnia hasło na okładce to dieta, dzięki której jesz wszystko, na co masz ochotę i chudniesz błyskawicznie.

Nie będę Was trzymać w niepewności, jakby to powiedzieli jurorzy pewnego programu „jestem na nie” i aż chce się dodać „nie przechodzisz dalej”. Poniżej w punktach wyjaśniam dlaczego, na koniec zostawiam dwa plusy, jakie znalazłam w tej publikacji i jedną zaskakującą perełkę:

Autorka twierdzi, że to jedyna dieta udowodniona naukowo (no brzmi dumnie, ale mi od razu zapala się czerwone światło). Skoro tak, to pewnie przeprowadzono wieloletnie, wieloośrodkowe, niezależne badania potwierdzające założenia programu. Otóż nie! Niemniej jednak w książce znajdziecie wypunktowane publikacje ze znanych i cenionych pism naukowych (związanych z dietetyką, żywieniem i leczeniem otyłości), które dowodzą jakoby dieta 50/50 była ósmym cudem świata. Problem jednak w tym, że autorką każdej z tych publikacji jest autorka diety i książki „Dieta 50/50”. Nie przytacza ona opinii na temat programu innych znanych osobistości dietetyki, nie wskazuje na artykuły, które polemizują z jej założeniami lub je potwierdzają. W zasadzie publikacje te mówią tylko: JA odkryłam, JA potwierdziłam, JA jestem zachwycona.

Nie sposób zaprzeczyć, że na świecie istnieje wiele badań, z różnych ośrodków (głównie przeprowadzanych na myszach), które wskazują, iż stosowanie umiarkowanego postu może przynosić wymierne korzyści, jak wydłużenie średniej długości życia, czy spadek ryzyka rozwoju nowotworów. Nie zaprzeczam także, iż badania Kristy Varady nad dietą 50/50 potwierdzają jej skuteczność (w tym także te z udziałem ludzi). Jednak trzeba mieć świadomość, że toczyły się one w ściśle kontrolowanych warunkach. Uczestnicy badania mieli bowiem dostarczane zestawy żywności, precyzyjnie wyliczone pod kątem wartości odżywczej zarówno na dni diety jak na dni ucztowania. W zasadzie znając to założenie można było przewidzieć sukces badania, bowiem wyeliminowano błąd ludzki. Niemniej jednak, co to za dzień ucztowania, w którym można jeść wszystko i w dowolnej ilości, skoro określony zestaw żywności dostarczony został przez grupę badawczą. Widzicie o co chodzi? Nawet, gdy została dopuszczona pewna dowolność uczestnicy badania byli pod ścisłą kontrolą dietetyków, którzy bacznie patrzyli im w talerz.

Autorka twierdzi także, że to najprostsza dieta świta i nie trzeba na niej liczyć kalorii. Hmm to dziwne skoro podstawowe założenie opiera się na tym, iż co drugi dzień mamy jadać 500 kcal, a na etapie wyjścia z diety i do końca życia przed 3 dni w tygodniu spożywać będziemy 1000 kcal. Oczywiście jest na to wyjaśnienie – w książce są przecież przepisy i nic nie trzeba liczyć. Serio, z kilkudziesięciu przepisów mam korzystać do końca życia? Ktoś się podejmuje?

Największy zarzut, jaki mam wobec diety 50/50 odnosi się do tego, iż autorka kompletnie ignoruje pojęcie wartości odżywczej, wszystko opiera się na magicznej liczbie 500 kcal w dniu diety. Dzień ucztowania zaś cytuję pozwala „na zjedzenie kiełbasy, pizzy, dowolnie wybranych napojów i dodatków, przekąsek itd. Nie ma ograniczeń i zakazanych rzeczy do spożycia!”. I tak co drugi dzień ahoj! We współczesnym świecie tak się po prostu nie da! Kiedy lista składników produktów z supermarketu przekracza 30 pozycji, gdy syrop glukozowo-fruktozowy i utwardzane tłuszcze „trans” czają się w zasadzie wszędzie, gdy w kiełbasie, pasztecie i parówkach są głównie zmielone chrząstki nieodpowiedzialnym jest mówienie ludziom jedz, co chcesz! Sorry takie mamy czasy, że trzeba się interesować tym, co ląduje na naszym talerzu, trzeba mieć minimum wiedzy żywieniowej, trzeba czytać składy i starać się wybierać to, co dla nas najlepsze! Nikogo, kto chce być zdrowy to nie ominie i dajcie sobie wmówić, że jadając co drugi dzień 500 kcal możecie „olać” całą resztę.

Ponoć na diecie 50/50 człowiek nie odczuwa głodu, bo uczucie to zanika po kilu tygodniach. Nie ma rozdrażnienia, bólów głowy i omdleń. Ha! Mało tego, trzeba ćwiczyć nawet w dniu diety i do tego autorka zaleca ćwiczyć przed posiłkiem, nawet na czczo. Jeśli chcecie spróbować miejcie obok siebie kogoś, kto Was pozbiera, gdy stracicie przytomność. Przyznam szczerze, że jeśli chodzi o głód to według mnie, jeśli pojawia się on regularnie, tuż przed posiłkiem to jest objawem zdrowym, tak organizm informuje nas o określonej potrzebie. Jego zanikanie bardziej mnie niepokoi niż cieszy. Brak rozdrażnienia, no cóż najlepiej sprawdźcie sami, albo może lepiej nie, nie chcę narażać waszych bliskich, a już na pewno nie szefa J.

Owszem człowiek ewolucyjnie jest przystosowany do ucztowania, a potem okresów głodu. To pozostałość po czasach, kiedy zbiory, czy polowanie były czasem „obfitości”, a przeplatane były okresem „biednym”. Teraz jednak żyjemy w erze barów fast-food i supermarketów. Z każdej strony atakują nas bodźce żywieniowe i my z nimi przegrywamy, bo ewolucyjnie dążymy także do tego by się nasycić i zjeść jak najwięcej. Niestety na takie czasy znacznie lepszym rozwiązaniem jest kontrola i regularne posiłki, a nie okresowe głodzenie.

Krista Vardy twierdzi, że 500 kcal to około 25% średniego zapotrzebowania kalorycznego (energetycznego) – wartość idealna dla każdego na post co drugi dzień. Czyżby? Czy 25% zapotrzebowania kalorycznego kobiety 160 cm 70 kg masy ciała, będzie takie samo jak mężczyzny 189 cm i 95 kg masy ciała? Wszyscy pasują do jednego wzorca? No comment.

Autorka kryje jednak w sobie i swojej książce tajemnicę, którą zdradza nam na koniec. Otóż to nie jest tak, że hulaj dusza…, choć czytasz o tym od 191 stron to nagle dowiadujesz się, że trzeba kontrolować porcje w dniach ucztowania – wybierać małe talerze, jadać uważnie, prawidłowo rozpoznawać sytość. Masz babo placek! Chciałaś jeść do woli, a tu jednak trzeba się ograniczać. No tak, musiało być jakieś ale…

Plusy? Znalazłam dwa – naprawdę ciekawe przepisy, można wykorzystać w codziennej racjonalnej diety i mądrze opracowany plan intensyfikowania aktywności fizycznej przez stopniowe zwiększanie liczby kroków wykonywanych w ciągu doby.

Jak widać moi drodzy czytelnicy…nie ma drogi na skróty, nie ma się co łudzić. Stay strong!

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Vivante.

Share This Post!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *